Ręka, rapidograf, komputer - wywiad z Andrzejem (André) Mrowcem
Środa, 25 Sierpień 2010 18:30
Jako małolat chciałem gdzieś uciec, gdzieś zbiec, od czegoś się uwolnić, wyzwolić, sam nie wiedziałem od czego; zostać marynarzem, żeglarzem, zajrzeć za horyzont, pożeglować do punktu zbiegu, perspektywy nieznanego... skończyłem wydział architektury. Od tamtych czasów każdy projekt jak łódka, która kołysze, przechyla się, grozi wywrotką, w sztormach, martwej ciszy, pod wiatr lub w lekkiej bryzie, żegluję z wiatrem zamówień, zalewa woda, przecieki, ucieczki: „piana łódź"? „Titanic" czy „prom na drugą stronę"? Pływałem, jeszcze płynę... jeszcze trochę wiatru... O pracy nad projektami we Francji i w Polsce, istocie architektury oraz trudzie zawodu architekta z Andrzejem Mrowcem rozmawiała Joanna Jabłońska.
Zaczął Pan pracę we Francji w latach 60.
Andrzej Mrowiec: Lata 60. to okres studencki (1957-1963). W tym okresie potrzeba architektury czy innych środków wyrazu, jako czegoś innego niż tylko zdobyty zawód, zdefiniowanie własnego „ja", musiały się oprzeć na czymś konkretnym, ale i pobudzającym wyobraźnię. W 1957 r. miałem siedemnaście lat, mój wybór kierunku studiów był dyktowany uzdolnieniami plastycznymi i dobrymi stopniami z matematyki. Nie mieliśmy możliwości wyjazdów zagranicznych, otarcia się o inną kulturę czy architekturę, co mogło skutkować poznaniem i rozbudzeniem zainteresowań tą sztuką. Odpowiedzi na pytania: „dlaczego?"
i „po co architektura?" podsuwała podnosząca się z gruzów stolica (gdzie mieszkałem), lecz na pewno nie wznoszony w niej pałac obcej nam kultury. Wawel, Kraków, podhalańskie kościółki i zakopiańskie chaty, żoliborskie wille, surowe budynki sądów Bohdana Pniewskiego czy Muzeum Narodowe Tadeusza Tolwińskiego to zarówno dużo, jak i mało, biorąc pod uwagę środek XX wieku. Znaliśmy Wrighta, Alto, kaplicę Ronchamp, a Nowy Jork „drapał chmury", co podniecało wyobraźnię.
Dzięki mamie, która malowała i była miłośniczką wszelakich sztuk, oglądałem przykłady architektury (Gaudi i klasyczne przykłady Rzymu) w trudno dostępnych pismach i książkach. W tej ledwie przeoranej glebie wiedzy i doświadczeń, za „żelazną kurtyną" zapuszczałem korzenie, czerpałem inspiracje i żywiłem marzenia o XX wieku w rytm rock'n'rolla, Edith Piaf i poezji Kabaretu Starszych Panów. Praca zaczęła się od konkursów zrealizowanych na ostatnich latach studiów. Pierwsze kreśliłem dla starszych kolegów, później sami zaczęliśmy startować.
Jaka była specyfika wykonywania zawodu architekta w tym czasie?
AM: Uczyłem się od starszych kolegów i profesorów, których siła twórcza znajdowała w tych postnych latach ujście w konkursach. Od kolegi z roku, Marka Budzyńskiego, wyszła idea pomnika dla uczczenia bitwy w Zatoce Świń „Playa Giron" na Kubie (konkurs z 1963 r.).
Ja dorzuciłem pomysł na muzeum z nim związane. Zaprosiliśmy plastyczkę Boczewską, jej przyjaciela, rzeźbiarza Domańskiego, oraz konstruktora Szymańskiego. Ekipa zrobiła projekt, makietę i nasza propozycja wygrała konkurs. Byliśmy parę miesięcy po dyplomach. Polecieliśmy na Kubę projektować, budować, lecz po prawie dwóch latach z różnych tajemniczych przyczyn (polityczno-ekonomicznych?) wszystko zostało wstrzymane, choć kończyliśmy już dokumentację wykonawczą.
Na Kubie miałem okazję poznać i zaprzyjaźnić się z architektem Ricardo Porro. Podziwiałem jego wspaniałe, świeżo zrealizowane szkoły: sztuk pięknych i tańca. Pierwsza wyrażała bogactwo sensualnej kultury kubańskiej, druga egzaltowała entuzjazm zwycięskiej rewolucji. To było drugie potwierdzenie słuszności wybranego zawodu. Zaczęliśmy razem pracować, wygraliśmy m.in. wstępny konkurs na „Eurokursaal" w San Sebastian w Hiszpanii. Trzy lata przed dyplomem byłem we Włoszech na pierwszej wycieczce zagranicznej. Doświadczenie tamtejszej architektury, w tym weneckiej, było dla mnie kolejnym potwierdzeniem zawodu pasji. Podróżowałem dużo z Porro, z którym poźniej przez parę lat w Paryżu miałem okazję zrobić kilka projektów. Obecnie często latam do Polski, ale w połowie lat 60., o które Pani pytała, po prostu nie doleciałem. Wracając z Kuby i przesiadając się w czeskiej Pradze, zamiast do Warszawy polecialem rozejrzeć się do Paryża. Ciągle się rozglądam...
Dzięki Porro miałem otwarte drzwi do wielu paryskich pracowni. Razem z polskimi kolegami byliśmy najczęściej traktowani na równi
z Francuzami. Konkursowe referencje zawodowe, polski dyplom i krótka praktyka pozwoliły mi zapisać się do korporacyjnego l'Ordre des Architectes, co umożliwiło samodzielne wykonywanie zawodu. Po wygranym z André Georgel'em konkursie założyliśmy pracownię (1972 r.).
Sposób wykonywania zawodu uległ dużej ewolucji do 2005 r.?
AM: Specyfika zmieniła się, ale odpowiedzialność cywilna pozostała taka sama. Ewoluują środki wyrazu - z ręcznej perspektywy na wizualizacje, z ołówka i rapidografu na komputer, wraz z którym wzrosła szczegółowość dokumentacji technicznych. Dla mnie polska procedura uzyskiwania pozwolenia na budowę jest przez wymaganą precyzję dokumentacji technicznej dużo bardziej uciążliwa niż we Francji. Po uzyskaniu pozwolenia nie można wprowadzić ewentualnych zmian czy wariantów ekonomicznych. Trudno w takich warunkach podejmować się wstępnych projektów i ponosić koszty własne bez gwarancji od inwestora. Francuskie procedury nawet w trakcie budowy pozwalają dopasować projekty do zmieniających się warunków ekonomicznych, programowych lub nowych rozwiązań technicznych. Taki schemat ułatwia pracę z inwestorami prywatnymi, ale architekt musi być obecny nie tylko w fazach projektowych, ale i na budowie. Obecne procedury krajów członkowskich UE zaostrzają wymagania, bo chcą je zrównać i otworzyć rynek budowlany. Mimo tych uwag jakość polskich dokumentacji technicznych i ich wykonania jest często wyższa niż we Francji.
Pałac kongresu (Palais des Congres) - założenie duże, monumentalne...
AM: Mój pierwszy zrealizowany projekt (wspólnie z Cacaut w 1967 r.) we francuskiej Bretanii to kontynuacja studenckiego pomysłu. W Perros Guirec udało mi się zrealizować na pochyłym terenie „amfiteatr jaskinię", krytą widokowym tarasem-ogrodem, który stanowi przedłużenie naturalnego terenu. W architekturze odwołałem się za pomocą symboli do tajemniczych, prehistorycznych, obrzędowych menhirów (występujących właśnie w tych rejonach Francji) wykonanych w granicie. Swoją koncepcję oparłem właśnie na ważących 7-9 ton monolitycznych granitowych blokach i surowym betonie. Te pionowe elementy podtrzymują - dostępny z nadmorskiej promenady - widokowy taras-ogród. Usytuowana pod nim sala (1200 m², 400 miejsc) o funkcji kongresowo-koncertowej ma widok na morze przez przeszklone tło sceny. Szerokie schody prowadzą ze skarpy do wejścia między nieregularnymi, monumentalnymi, betonowymi „menhirami".
W projekcie centrum handlowego Art de Vivre zachwyca niezwykła gra konstrukcji, rozmach i śmiałość. Czy to są dla Pana cechy dobrej architektury?
AM: Na ostatnią część pytania odpowiem zasłyszaną wypowiedzią Corbusier'a: dobra architektura to ta, która pozostawia po sobie piękne ruiny. I tak odebrałem kiedyś ruiny w egipskim Lusorze - świątynię Karnak. Przestrzeń raz otwarta, raz zamknięta, skala, światło i cień, kolor i jednorodność kamienia, grawitacyjna stabilność konstrukcji, czytelność symboli i tajemniczość odczytanych tekstów - te ruiny zawierają większość, może wszystkie elementy, którymi dysponuje architektura jako sztuka i które tworzą alfabet naszej pasji.
Wrócę jednak do tematu. „Art de Vivre" (sztuka życia), projekt prywatnego inwestora, to nazwa centrum handlowego poświęconego „temps libre" (wolny czas): kulturze, wyposażeniu domu, sportom itd. Projekt nawiązuje do idei „miasto": ulice, place, dzielnice, różnorodność, miejsca spotkań itd. Odwiedzający poruszają się w swojego rodzaju „zamkniętej miejskości". Handlowe pasaże, niby uliczki, ale bez „decorum" plagiatu, prowadzą przez skrzyżowania-place o zmiennej szerokości, wysokości, które doprowadzają światło dzienne. Różne materiały: drzewo i cegła, tworzą zmienne klimaty - jeżeli nie miejskie, to o innym nastroju niż „shopping mall". Centra handlowe i ich otoczenie poddane są agresji wielu czynników niszczących. Ich architektura często nie wytrzymuje tej agresji i ruiny nie są piękne...


Zamknął Pan swoją francuską pracownię w 2005 r., pracował przy kilku polskich i zagranicznych projektach.
AM: Wspomnę dwie realizacje, które mają wspólną koncepcję opartą na kontrastach brył, użytych materiałów budowlanych, grze z przezroczystym szkłem.
Chronologicznie, zamówienie na projekt budynku biur administracyjnych francuskiego dziennika Le Monde - Ivry/Seine pod Paryżem (1987 r.) - otrzymałem w wyniku wygranego konkursu. Obiekt miał być usytuowany przy budującej się drukarni. Na terenie przyszłej inwestycji istniał przemysłowy, ceglany budynek - symbol walk robotniczej Francji. Tam odbył się najdłuższy, prawie dwuletni strajk okupacyjny (lata 60.). Jako jedyny w konkursie zachowałem w projekcie ten obiekt. Był o połowę za mały w stosunku do przewidywanego programu (7000 m²). Dodałem nową część otaczającą istniejącą fabrykę, która została jeszcze nadbudowana piętrem. Całość tak stworzonego kompleksu połączyłem z pobliską drukarnią stalowym, przeszklonym, pieszym mostem. Przestrzenie między starym a nowym budynkiem zostały przekryte i zamknięte przeszklonymi elewacjami, tworząc otwarte, wysokie na cztery piętra atrium wejściowe. Gra dwóch konstrukcji, starej i nowej, wyraża w architekturze budynku symbolikę przeszłości i przyszłości świata (le monde). Obecnie budynek jest własnością France Telecom.
Program budynku biurowego New City w Warszawie (38000 m²) mieści się w trzech bryłach. Dwie wyższe (11 kondygnacji) połączone są niższą, siedmiopiętrową. Wcześniej ten sam inwestor zrealizował obok trzy inne budynki biurowe. Chciałem do nich nawiązać, znaleźć wspólny mianownik jednorodnej architektury. Przyjąłem na przykład podobną krzywiznę zaokrąglonych elewacji, kamień (ulubiony materiał inwestora), kolor szkła itd. Ściany kurtynowe, jakby lekko oderwane od brył, okrywają je, tworząc rodzaj żagli napiętych i mocowanych do ścian szczytowych. Dwa wyższe budynki są zwieńczone szklanym gzymsem dematerializującym górę ciężkich kubatur.
Wysoki na dwa piętra hol w obiekcie środkowym łączy funkcjonalnie zespół w jedną całość. Pod terenem znajduje się trzypoziomowy parking na 1200 samochodów.

Co szczególnie utkwiło Panu w pamięci w trakcie opracowywania dokumentacji New City?
AM: Osobiste zaproszenie do udziału w projekcie przez Jerzego Leskowicza, znajomego z paryskich „salonów" i jednocześnie polsko-francuskiego budowlańca-inwestora i zapalonego żeglarza, dostałem parę dni po zamknięciu własnego biura i przejściu na francuską emeryturę (miałem wtedy 65 lat). Przyjacielskie zaufanie i wolność działania, oczywiście w ramach ekonomicznych i technicznych życzeń czy zaleceń inwestora, a także dyspozycyjność czasem pozwoliły mi skupić uwagę tylko na tym projekcie. To wymarzone i wyjątkowe warunki dla projektanta. Ściągnąłem sobie paryskiego współpracownika Janusza Kliszczaka, a później stworzyła się ekipa z Pawłem Piątkiem i Łukaszem Baranem w Warszawie. Dokumentacja bez problemu była opracowywana między Paryżem a Warszawą, co umożliwiły komputery i internet. Te miasta są od siebie oddalone tylko o dwie godziny lotu. Pozwoliło to na pełną swobodę przy organizacji projektowania. Wykonałem 745 ręcznych szkiców detali i perspektyw objaśniających (A3), przygotowujących komputerowe rozwiązania projektowe. W zasadzie nie zmieniłem swojego sposobu projektowania ani przez 27 lat, gdy miałem wspólne biuro z Georgel'em, ani poźniej, przez kolejne 7 lat, tyle że już bez problemów robienia kilku projektów naraz, obowiązków, zebrań, wypłat, składek i ubezpieczeń związanych z utrzymaniem pracowni.
Tajemniczy projekt Bahrain...
AM: Wyspa Kingdom of Bahrain była znana w przeszłości z połowu wyjątkowych pereł. Dzisiaj jest prężnie rozwijającym się krajem, sąsiadującym z mocarstwami arabskimi. Tradycja połowów została przedstawiona w projekcie symbolicznym elementem perły, która jest widoczna i przy lądowaniu, i z dróg dojazdowych do lotniska. Kryta tytanowymi, błyszczącymi blachami kula, mieszcząca restauracje, sale wystawowe itd., jest jakby zawieszona w pokryciu dachu nad otwartymi przestrzeniami holi dworca lotniczego. Wojna w pobliskim Kuwejcie i instalacja baz amerykańskich na wyspie wstrzymały jednak rozwój naszego „cywilnego" projektu.

W Pańskim portfolio znalazły się również obiekty plastyczne, instalacje, obrazy i rysunki.
AM: Rysuję ręcznie bez przerwy, zawodowo. Propozycje plastyczne są przedłużeniem doświadczeń przestrzennych szukających stabilizacji, wsparcia zachwianej równowagi, horyzontu, opozycji perspektywy, punktu zbiegu. Są to działania w formie abstrakcji, surrealizmu, bo realizm mam na co dzień. Przez pewien okres szukałem wyrazu naszej zachwianej, niestabilnej, potrzebującej ciągłego wsparcia rzeczywistości, tak pełnej kryzysów i konfliktów. Czy świat nam ciągle zagraża? Czy świat się wali?
Działalność plastyczna to pomysł na emeryturę?
AM: Odpowiem pytaniem na pytanie: co zrobić, nie mając jeszcze odpowiedzi? Przy pierwszym naszym spotkaniu użyła Pani słowa kariera. Trochę mnie to zaniepokoiło. Bo czym jest kariera? Czymś między początkiem a końcem. Czyli niedługo już koniec? Jeżeli to słowo odnosi się również do działań w czasie, jest to suma przygód, przypadków, doświadczeń, spotkań, w wypadku architekta wygranych konkursów, pytań i oczekiwań, podjętych wyzwań-zamówień. I na temat kariery, jakiejkolwiek kariery, a szczególnie architektów i mojej we Francji, przychodzi mi na myśl rysunek podsunięty przez szwagra, architekta Andrzeja Miklaszewskiego, wycięty z dziennika New York Times. Na przyjęciu stoi jegomość zadowolony z siebie, przy tuszy, w dobrym humorze i z cygarem w ustach. Pyta się stojącego obok, szczupłego architekta: No niech Pan łaskawie opowie, coś Pan w życiu naknocił...
Zapraszamy na stronę naszego gościa
http://sites.google.com/site/andremrowiec
ANDRÉ MROWIEC
Urodził się w 1940 r. w Tarnowie. Studiował na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej, którą ukończył w roku 1963. W 1964 r. po wygranym konkursie wyjechał na Kubę, gdzie poznał architekta Ricardo Porro, z którym przez następne lata współpracował. W 1965 r. osiadł we Francji. Pierwsza realizacja: Sala Kongresowa w Perros Guirec (z Cacaut). W 1972 r. z André Georgel'em założyli wspólną pracownię architektoniczną. Między innymi zrealizowali budynek administracyjny gazety Le Monde w Ivry/Seine pod Paryżem, liczne centra handlowe, budynki przemysłowe, mieszkalne i inne. W Polsce wspólnie z Jean Marc Pivot zaprojektowali przebudowę łódzkiej Manufaktury. Przechodząc pięć lat temu na emeryturę, zamknął swoje francuskie biuro, dostając w tym samym czasie propozycję pracy, dotyczącą zagospodarowania poprzemysłowych terenów na warszawskim Mokotowie. Po czterech latach oddano do użytku pierwsze budynki biurowe o nazwie New City.
----
Artykuł pochodzi z magazynu dla architektów i projektantów "świat architektury" i został przedrukowany za wiedzą i zgodą redakcji.
Pobierz wersję elektroniczną (pdf) magazynu "świat architektury" - za darmo!
