Most Polska - Anglia / Wywiad z Cezarym Bednarskim
Czwartek, 06 Maj 2010 11:32
Cezary Bednarski, mieszkający w Londynie od 1981 roku polski architekt, właściciel pracowni Studio Bednarski Ltd. pracuje na terenie Europy i Afryki. Prowadzi międzynarodową działalność naukową oraz publikuje, a w zakresie jego zainteresowań znajduje się architektura, projektowanie mostów, oszczędność energii i ogniwa fotowoltaiczne. Architekt jest między innymi: członkiem Royal Institute of British Architects (RIBA), członkiem i doradcą Royal Society of Arts, doradcą UNESCO, Amuru Futures Ltd. i Lekki Beltway Concession Development Ltd. w Nigerii.
Polskie granice są otwarte dla architektów od zaledwie 6 lat. Jak było, gdy zaczynał Pan w 1981 roku? Czy trudniej niż obecnie?
Do Londynu przyjechałem 14 marca 1981 roku na miesiąc wakacji, czyli już jakiś czas temu, i wyszły z tego dość długie wakacje. Na początku nie było łatwo i zajęło mi trochę czasu, aby się ustabilizować, tak w zawodzie, jak i w życiu. Musiałem przejść przez system tutejszych kwalifikacji zawodowych, chociaż tak naprawdę nie było to konieczne, gdyż brytyjski system prawny nie chroni zawodu architekta. Wydaje mi się, że teraz, po integracji europejskiej, łatwiej jest tutaj zacząć.

Nowa wyspa Foreshore, Lagos, Nigeria - fot. świat architektury
To prawda, że w Anglii każdy może wykonywać zawód architekta, jednak nie każdy może się nim nazywać?
Istotnie, niezwykła to anomalia. Chroniony jest tytuł zawodowy „architekt", ale nie działalność projektowa, którą może podejmować każdy. Na przykład Wayne Hemingway, współzałożyciel firmy odzieżowej Red or Dead, jest teraz znanym "architektem" i "urbanistą"... W związku z tą sytuacją, poza gwiazdami i gwiazdkami, ciągle obrzucanymi medialnym konfetti, niski jest tutaj ogólny poziom architektury, szczególnie tej, która nie trafia do publicznych środków przekazu i jest produkowana przez "projektantów architektonicznych". Ten tytuł może być spokojnie używany przez ludzi bez jakiegokolwiek wykształcenia w kierunku architektonicznym. Nie da sie ukryć, że idzie to "ręka w rękę" z raczej niskim poziomem kultury wizualnej społeczeństwa w Wielkiej Brytanii. Niewielkie aspiracje klientów pociągają za sobą słaby poziom projektów. Być może termin "budownictwo" byłby tu bardziej właściwy, gdyż "architektura" sugeruje obecność składnika sztuki, którego trudno się w tych realizacjach doszukać. Nie pomaga system pozwoleń planistycznych prowadzony przez urzędników, którzy nie mają wykształcenia kierunkowego i nie są, poza wyjątkami, w stanie stanąć do inteligentnego i krytycznego dyskursu z architektami.
Jak architekt z Polski odbierany jest przez angielskich inwestorów? Co szczególnie ceni sobie Pan we współpracy z nimi?
Mieszkańcy Londynu porozumiewają się ponad 700 różnymi językami. Polski wciąż jeszcze jest jednym z dominujących, tak że polski architekt jest już tutaj niejako bardziej faktem niż ewenementem. Jest nas sporo.
W zeszłym roku w Museum of London odbyła się wystawa pod tytułem London Creatives - Polish Roots. Sam byłem zdumiony, ilu luminarzy kultury angielskiej jest albo Polakami, albo ma polskie pochodzenie. Mam nadzieję, że następna taka wystawa będzie prezentować również prace kilku architektów. Wśród 34 osób wybranych do pierwszej wystawy byłem jedynym przedstawicielem zawodu, jeżeli nie liczyć profesora Józefa Rykwerta, który jest historykiem architektury mieszkającym w Londynie od roku 1939.
Moim zdaniem klienci przychodzą do nas nie dlatego, że ja jestem Polakiem, tylko z powodu jakości naszej architektury i rzetelności rzemiosła. Lubią też wyraźnie fakt, że moje wykształcenie architektoniczne było bardziej wszechstronne niż studia angielskie i obejmowało przedmioty takie jak konstrukcje. To powoduje, miedzy innymi, że oryginalność naszych projektów jest oparta na pragmatyzmie i innowacji technicznej, a nie na frywolności form i ekspresji.
Jako skutek oczywisty tej brytyjskiej mieszanki kulturowej, prawdopodobnie tylko około połowa naszych klientów to Anglicy. Spotykamy się z różnymi oczekiwaniami, kulturami, no i trzeba też powiedzieć poglądami na temat uczciwości...

Kryta plywalnia i cntrum sportowe, Thrapston, Wielka Brytania - fot. świat architektury
W portfolio Państwa pracowni sporo jest mostów i kładek. Skąd zamiłowanie do takiej właśnie nietypowej architektury?
John Roebling, projektant Brooklyn Bridge, powiedział: "Uduchowienie natury to cel i zwieńczenie aktu kreowania". Most, wg encyklopedii, to struktura umożliwiająca pokonanie przeszkody na drodze ruchu, ale są to również najbardziej poetyckie i inspirujące wytwory ludzkości. Pozostają one wymownymi manifestacjami ludzkich pragnień. Wyrażeniem potrzeby dotarcia "tam", tam po drugiej stronie rzeki, przepaści, sznurów samochodów czy pociągów, tnących powietrze jak "noże rzeźników". Jedyne struktury o podobnej głębi atawistycznych znaczeń to świątynie, które również umożliwiają sięganie "tam" i definiują te najbardziej uświęcone przestrzenie. Prawdziwe mosty są uzdrawiającymi wizerunkami harmonii i piękna. Z minimalnym tylko nadmiarem użytego materiału i powściągliwością formy, mają one tę samą ekspresyjność i napięcie, jak wielka muzyka i poezja. Jawią się jako doskonała synteza harmonii, funkcji i użycia materiału. Są dominujące.

Most pieszo-rowerowy przez rzekę Medway, Maidstone, Wielka Brytania - fot. świat architektury
Pierwszy most drewniany, 40-metrowy, zaprojektowałem i policzyłem jako student trzeciego roku architektury na Politechnice Warszawskiej. Przez wiele lat wyglądało na to, że będzie on jedyny, w naszych czasach bowiem, przed "erą" Santiago Calatravy, mosty projektowali nieomal wyłącznie inżynierowie. W 1993 roku ogłoszono w Anglii otwarty konkurs na kładkę pieszą przez Tamizę. Zgłosiło się około 600 architektów i inżynierów. W końcu, po dogrywce, wygraliśmy projektem mostu z włókien węglowych, chronionego powłoką diamentową o grubości kilku mikronów. Do pewnego stopnia mosty zainteresowały mnie dlatego, że jako drogie, "ciężko pracujące" konstrukcje, nie pozwalały na dekoracyjne udziwnienia. Elegancja i wyrafinowanie formy musiały współgrać z logiką konstrukcji - tak mi się przynajmniej wydawało. Niestety, w ostatniej dekadzie projektowanie mostów, a zwłaszcza kładek pieszych, "złapało" już tę ohydną chorobę "frywolności formalnej" - im dziwniej, tym lepiej, czy ma to sens, czy nie. Coraz częściej widzi się projekty mostów, które pozbawione są czystości logiki strukturalnej, mają natomiast wymyślne formy architektoniczne. Na przykład smutne są wyniki konkursów na chyba już cztery mosty w Krakowie, gdzie dziwactwo zagórowało nad elegancją i powściągliwością. Jest to do pewnego stopnia wina mediów i klientów, którzy szukają tzw. "ikon mostowych", jednak wielokrotnie winni są projektanci, często cyniczni. Druga strona medalu to mosty trywialne, tzw. "tanie", pozbawione gracji (na przykład strasznie mnie smucą wszystkie nowe mosty warszawskie - zbudowane i będące w budowie - bez polotu i finezji formy). Walka z "miernotą" i dziwactwem jest obowiązkiem wszystkich, którym leży na sercu postęp - tak techniczny, jak i intelektualny. Problem z "miernotą" polega na tym, że jest ona zawsze w stanie wyjaśnić, dlaczego nie można było inaczej i dlaczego rozwiązanie musi być byle jakie, a dziwactwo dobrze się w naszych czasach sprzedaje...
Jak pokrótce można scharakteryzować Pana architekturę? Czym się ona wyróżnia?
To pytanie medialne, sprytnie obnażające naszą słabość - nie mamy stylu. W czasach gdy architektura została sprowadzona do poziomu projektowania mody i trzeba publiczność zadziwiać nową fotogeniczną kolekcją dwa razy w roku - za każdym razem inną i "oryginalną" - brak stylu jest jak klątwa, tak dla mediów jak i zależnych od nich klientów, którzy lubią proste, czytelne etykietki. Jeśli takiej nie mają i muszą studiować projekt, aby zrozumieć jego logikę i głębię, zaczyna się problem. Staramy się, aby każdy nasz obiekt był całkowicie stymulowany i określany przez jego kontekst, tak urbanistyczny jak społeczny, kulturowy, środowiskowy i ekonomiczny. Zawsze dążymy do elegancji form i przestrzeni. Nie odwołujemy się do obecnie ulubionej etykiety ekologicznej. Naszym zdaniem wartości środowiskowe są tak samo ważne jak humanistyczne i nie wykluczają się. Dla nas ten pro-naturalny determinizm, w przypadku wielu architektów, jest jak zasłona ukrywająca znikome talenty projektowe. Czy zauważyła Pani brak elegancji wielu tzw. "projektów ekologicznych" i jak "wydmuszkowe" są różne ekologiczne deklaracje? Już Witruviusz... tak, że nic to nowego pod słońcem. Każde rozwiązanie musi być bezpieczne dla środowiska, ale nie trzeba o tym "trąbić" i udawać specjalisty.
Jak mówi K. Eric Drexler w "Engines of Creation" - Aby zdefiniować granice musimy wybrać tak kierunek, jak i podziałkę jakości. Jako że kierunek wskaże nam "lepsze", będziemy też wiedzieli, gdzie znajdziemy "najlepsze"... Sama wiedza na temat fundamentalnych praw materii nie wystarcza, aby być świadomym tego, gdzie znajdują się wszystkie parametry graniczne. Musimy też uwzględnić fakt, że projektowanie jest procesem niesłychanie złożonym.

Dom rodzinny Hesmondhalgh, South Kensingston, Londyn, Wielka Brytania - fot. świat architektury
Czy ma Pan jakieś niespełnione architektoniczne marzenie?
Niejedno, a ich pozycje na skali moich marzeń zmieniają się od czasu do czasu.
W chwili obecnej mam bardzo przyziemne marzenie. Od dwóch lat budujemy nasz nowy dom, tak naprawdę to "dom na domu", w dzielnicy Notting Hill w Londynie, gdzie udało nam się kupić ponoć ostatnią wolną działkę. Jak przysłowiowy szewc bez butów, walczę z "upiorną" angielską firmą budowlaną, a sytuacja jest tak powikłana, że nie możemy jej pracowników po prostu wyrzucić. Chciałbym to mieć za sobą, ale na szczęście koniec już widać. Najwyższy czas, gdyż projekt jest filmowany przez Discovery Channel do serii Dream Homes. Poza tym stałą ambicją, bardziej niż marzeniem, są partnerskie układy z klientami, którzy doceniają nasze umiejętności i zatrudniają nas z tego powodu (a nie dlatego, że nasze honoraria mogłyby być niższe niż innych architektów). Od lat marzy mi sie zaprojektowanie kościoła. Niestety, tutaj świątynie są adaptowane na inne funkcje, a w Polsce nie mam kontaktów w tych kręgach. No i może też mosty w kraju. Chciałbym również, aby projekty naszej 60-ciohektarowej wyspy w Lagos i dziesieciokilometrowego mostu zostały zrealizowane.
Jak to jest wygrać konkurs architektoniczny na projekt mostu w centrum Kopenhagi z taką gwiazdą światowej architektury jak Zaha Hadid? Są szanse na realizację tego projektu?
Musze powiedzieć, że orgazmu nie było. Co więcej, po tym jak lista dziesięciu zaproszonych uczestników została ogłoszona, myśleliśmy, czy się nie wycofać z tego konkursu. Pojawianie się tak wielkich gwiazd na listach czasami oznacza, że są one już "namaszczone", a klient potrzebuje tylko formalnego procesu, marnując czas i pieniądze innych uczestników. Znam to od podszewki jako sędzia konkursowy walczący z takim kamuflażem. Jak zawsze zaczęliśmy od podstaw. To wyraźnie spodobało się Duńczykom.

Przesuwany most pieszo - rowerowy Inderhavnen, Kopenhaga, Dania- fot. świat architektury
W końcu wygraliśmy, gdyż jak mówi raport sędziowski, było to (...) unikatowe rozwiązanie zakorzenione w specyfice lokalizacji, kulturze i historii Danii, a jego unikatowość nie była formalna czy wizualna tylko pragmatyczna. Wyjątkowość naszego rozwiązania nie była oparta na formie, ale na konstrukcji. Jest to też rozwiązanie w 100% logiczne technicznie, tanie w użytku, no i "ekologiczne" - zużywające minimalną ilość energii do otwierania i zamykania mostu. Muszę się przyznać, że czytuję sobie ten raport, jak mam słabe momenty. Takie komplementy, i to od Duńczyków, są naprawdę bardzo miłe i zachęcają do dalszej pracy.
Do tej pory wygrałem dwadzieścia międzynarodowych konkursów, z czego dziesięć na mosty, z których zbudowałem tylko jeden w Swansea w Walii. Statystyka nie jest zachwycająca. Prace nad mostem w Kopenhadze posuwają się szybko do przodu, więc jest nadzieja, że będzie w budowie w 2011. Mamy nadzieję, że do przetargu staną też polskie firmy budowlane.
Czy pracując na Wyspach miał Pan zlecenia od polskich inwestorów?
Do tej pory nie, może dlatego, że od dawna nie miałem specjalnie bliskich kontaktów z tutejszym środowiskiem stricte polskim. To się powoli zmienia, ponieważ obecnie jestem członkiem Polish City Club.

Górne piętro domu Toast House (działka szerokości 2,8 m), Peckham, Londyn, Wielka Brytania - fot. świat architektury
Nie żałuje Pan wyjazdu z kraju?
I tak, i nie. Tak, gdyż nie ulega wątpliwości, że moi koledzy, którzy zostali w Polsce, mieli nieporównywalnie większe możliwości rozbudowywania pracowni, unoszeni na fali ogólnego rozwoju ekonomii w okresie postkomunistycznym. Wszyscy mieli w miarę równe szanse. Tutaj wszedłem już w całkowicie obstawioną rozgrywkę z tradycyjnymi układami i wciąż walczę z tzw. "szklanym sufitem". Ponieważ programowo prowadzę stosunkowo małą pracownię, nie mam zbyt wielu szans na duże projekty na Wyspach. Czasami z zazdrością obserwuję skalę projektów, jakie wykonują moi koledzy w Polsce. Stąd też nasze zainteresowanie projektami poza Anglią - największe z nich są obecnie w Afryce. Nie ulega też wątpliwości, że prestiż społeczny zawodu architekta w Europie i w Polsce jest znacznie wyższy niż na Wyspach Brytyjskich.
Z drugiej strony, działając tutaj od 1981 roku, rozpocząłem od pracy dla Nicholasa Grimshaw. Zakładając moją pierwszą własną pracownię w 1984 roku, miałem znacznie większe szanse na cyzelowanie warsztatu zarówno projektowego, jak i technicznego niż miałbym w Polsce, zwłaszcza w latach 1981-1990. Na pewno zmienił się mój światopogląd i poczucie tego, co jest ważne, a to nie zawsze pokrywa się z wartościami obecnie dominującymi w Polsce.
Rozmawiała Joanna Jabłońska
----
Artykuł pochodzi z nowego magazynu dla architektów i projektantów "świat architektury" i został przedrukowany za wiedzą i zgodą redakcji.
Pobierz wersję elektroniczną (pdf) magazynu "świat architektury" - za darmo!
